niedziela, 20 marca 2016

Krótka historia światła odbitego.



Światło błyskowe towarzyszy fotografii od połowy XIX wieku czyli praktycznie od jej początków. Chroniczny brak dostatecznej ilości światła potrzebnego do poprawnego naświetlenia niskoczułych płyt, a później klisz i błon fotograficznych zmusił fotografów do rozpraszania ciemności przy pomocy magnezji. 

Był to trochę ryzykowny sposób na pozyskanie światła, ponieważ jako jego źródło służył błysk powstały na skutek wybuchowego spalania piekielnej mieszanki magnezu i chloranu potasu.
Nasypywano kupkę łatwopalnego proszku na deseczkę, zamocowaną na patyczku, który fotograf trzymał nad głową.

 Specjalny iskrowy mechanizm zapalający, przypominający te do dziś używane w zapalniczkach typu Zippo odpalał ładunek. Jasny błysk, głośne fuknięcie, chmura świecącego dymu, czasem pożar czapki lub nabrylantynowanej fryzury fotografa były nieodłącznym atrybutem ówczesnych sesji fotograficznych.

Światło tego rodzaju było niebezpieczne, jednakże efekty jego działania do dziś zachwycają. Jako że było to otwarte źródło światła, bez reflektora, rozsyłające promienie dookólnie, oświetlało scenę nie tylko światłem bezpośrednio docierającym z miejsca spalania, ale także odbitym od wszelkich ścian sufitów podłogi i mebli znajdujących się w studio. Do tego efekt oświetlenia zmiękczany był przez szybko rozprzestrzeniający się obłok białego dymu, podświetlany od spodu przez wciąż spalającą sie pod nim porcję magnezji.
 Efekt oświetlenia podobny zatem był do działania wielkiego białego lampionu trzymanego nad aparatem przez fotografa. Stosowanie magnezji było jednak kłopotliwe i czasochłonne.

Stosownie magnezji było częstą przyczyną poparzeń i pożarów.

Wymyślono więc lepsze metody spalania magnezji polegające na zamknięciu porcji magnezowej waty lub folii oraz tlenu w małych szklanych bańkach-żarówkach i podpalaniu jej za pomocą prądu z baterii. Procedura stała się dość bezpieczna, lecz ilość spalanej magnezji zmniejszyła się z gramów do miligramów i energia błysku spadła. 
Zostało to jednak skompensowane możliwością stosowania skutecznych reflektorów kierujących punktowe światło żarówki w pożądanym kierunku. czyli na wprost i najlepiej tylko na wprost. Stosowano w tym celu coraz skuteczniejsze zwierciadlane czasze ze wszystkimi tego konsekwencjami dla plastyki oświetlenia. 

Ta tak zwana spaleniowa lampa błyskowa otworzyła nowy rozdział w historii fotografii reporterskiej, a właściwie stworzyła ją na nowo. O ile dotychczas, nieodłącznym wyposażeniem fotografa był statyw i  ów przyrząd z patyka i deseczki zwany z angielska pan czyli patelnia (stąd powiedzenie flash in the pan) to teraz całe urządzenie, czyli aparat z lampą magnezjową (a później i wyładowczą) choć  jeszcze całkiem spore, można było trzymać nawet jedną ręką.

 Drugiej ręki używano do zmiany błon fotograficznych względnie wręczania wizytówek, trzymania się poręczy schodów, czy autobusu, gwałtownego otwierania drzwi w celu zaskoczenia jakiejś pary in flagranti czy oganiania się przed gorylami al Capone'a
                                       

 Kirk Douglas w kontrataku przeciw tłumowi fotoreporterów stosuje tą samą co oni broń. Speed Graphic. Swoją drogą to zdjęcie to perfekcyjny przykład tzw. światła wypełniającego realizowanego bez elektroniki pomiarów matrycowych i przebłysków:)


Fotografowano w biały dzień i w nocy, w biegu, z samochodu, wyskakując z tortu lub zza winkla, słowem, epoka paparazzi zaczęła się na dobre. Ale, po chwili zachwytu nad ostrością i dosłownością tak powstałych fotografii, zaczęto zwracać uwagą na nachalność tak użytego światła.
Smoliste cienie płaskie światła i efekt piwnicy to znaczy pogrążony w ciemnościach drugi plan zaczęły irytować. Skuteczne odbłyśniki i ostre skierowane światło zrobiły swoje.
Wyzwolenie przyszło z Europy. 

Fotografowie odkryli, że można fotografować ogóle bez flesza. Nowa kontrmoda, wspomagana przez niemieckie wynalazki, czyli aparaty i obiektywy Leica z fantastycznie jasnymi obiektywami i superczułymi (400 asa :) filmami AGFA ochrzczona została mianem available light, czyli światłem zastanym. Zdawało się że fotografia pożegna się z fleszem raz na zawsze. 

Nic z tego. Na scenę wkroczył bowiem kolor. Kolorowy slajd -  bo ten stał się obowiązkowym materiałem szanującego się fotografa, w początkach swej kariery nie przekraczał czułości 25 ASA, a czułość osiągnięta z czasem - 100 ASA była luksusem. 

Wyższe czułości, owszem, z czasem powstały, ale nigdy nie były na rynku wydawniczym traktowane poważnie. Wróciło zapotrzebowanie na siłę błysku, a co ważniejsze na jego jakość kolorystyczną. Do prawidłowego oddania barw potrzebne było światło dzienne czyli właśnie błyskowe i oto znowu lampa błyskowa, tym razem juz elektroniczna złapała oddech i pozostała w służbie, stale się miniaturyzując i udoskonalając.

Nie zachwiała jej pozycją także i cyfrowa fotografia choć czułości mamy już fantastyczne, to jednak, szczególnie w profesjonalnej praktyce zapotrzebowanie na zamrażające ruch i poprawnie oddające kolor -  światło lampy błyskowej cały czas istnieje.

 Ale, tak jak niegdyś, tak i dziś odczuwamy pewien dyskomfort patrząc na oświetlone bezpośrednim światłem fleszowym motywy. Prześwietlone twarze na tle ciemnych pomieszczeń i smoliste cienie jakby przyklejone do modeli. Wszystko to, inaczej niż dawniej, kojarzy nam się z fotografią amatorską i jest  plagą dla dobrego gustu. Wraz z upowszechnieniem się elektronicznej lampy błyskowej zaczęto więc uprawiać technikę tak zwanego bounce flash czyli błysku odbitego. Smoliste cienie znikały a drugi plan rozjaśniał się. U zarania bounce flash fotografowie musieli odczepiać flesz od aparatu i trzymając aparat prawą, lewą ręką kierowali reflektor lampy w kierunku ściany lub sufitu, koniecznie białego, gdy używali kolorowego slajdu.

Producenci lamp błyskowych z czasem zaczęli wyposażać swoje wyroby w obrotowe głowice pozwalające kierować jej reflektor w pionowo w sufit co znowu uwolniło lewa rękę fotografa do innych obowiązków, w tym ustawiania ostrości, bowiem w tamtych czasach autofocus był w powijakach.

Głowice pierwszych lamp do techniki bounce flash obracały się jedynie do góry.

Fotografowie skwapliwie skorzystali z nowych udoskonaleń, lecz gdy już oswojono nową "technikę sufitową" okazało się, że światło od sufitu jest fajne, ale nie do końca, bo o ile jeszcze niedawno technika ręczno-kabelkowa pozwalała na jej stosowanie niezależnie od tego czy aparat ustawiony był w kadrze pionowym czy poziomym, to tym razem do wyboru pozostawał kadr poziomy.

 W pionie pozostawało  odbicie światła lampy od ściany, która mogła być kolorowa albo mogło jej ogóle nie być w pobliżu, Jest to częstym problemem w obszernych miejscach jak sale konferencyjne, szkolne i przedszkolne, bankietowe, lobby hotelowe czyli miejsca pracy wielu fotografów gdzie do sufitu jest znacznie bliżej niż do ściany. 

Producenci zatem, szybko dodali możliwość obrotu głowic lamp także w poziomie i sprawa wydawała się załatwiona. Tak poziom jak i pion nie powodował już kłopotów. Okazało się jednak że zawsze można ponarzekać. 

Przykłady użycia flesza na wprost i światłem odbitym od sufitu bez doświetlania. Drugi plan jest oświetlony zadowalająco ale plastyka oświetlenia twarzy pozostawia wiele do życzenia.

Dopatrzono się mianowicie w tym sposobie wady, którą określono jako "ciemne oczodoły". Owszem światło odbite zdecydowanie rozprawiło się z ostrymi cieniami za postaciami i niedoświetlonym drugim planem, ale stwarzało nieładny rozkład światła na twarzach fotografowanych ludzi, bowiem światło odbite od sufitu, choć miękkie, to jednak padając prawie pionowo z góry wytwarzało ponure cienie w oczodołach pod nosem i podbródkiem.

 Ludzka twarz wydawała się ponura i jakby brudna. Obfitsze naświetlanie niewiele pomagało bowiem doprowadzało do powstawania prześwietlonych partii obrazu na włosach i ramionach, nosie i policzkach a nieprzyjemny rozkład świateł pozostawał jednak taki sam. Z pomocą przyszła technika i producenci zaproponowali rozwiązanie w postać i tak zwanego doświetlacza.

­­­­­
Doświetlacz -  to zwięźle mówiąc druga mała lampa błyskowa umieszczona na stałe z przodu obudowy lampy głównej. Doświetlacz błyskał z mocą około jednej dziesiątej lampy głównej, dawał się włączać i wyłączać i miał być remedium na ciemne oczodoły, ponieważ miał je wypełniać światłem na wprost.  I tu ciekawostka. Doświetlacz to nazwa polska i bardzo wygodna. Po angielsku rzecz nie ma nazwy i określana jest nieco mylącym mianami twin albo secondary.

Typowa lampa z tzw. doświetlaczem.

 Doświetlacz zdobył błyskawicznie rynek najpierw w segmencie lamp amatorskich a potem zawodowych. Ale tak się nagle pojawił, tak szybko zniknął z rynku. W tej chwili żadna z wiodących firm nie oferuje takiego rozwiązania przynajmniej w lampach profesjonalnych.

 Co do przyczyn klęski zdania są różne. Moim zdaniem, doświetlacz poległ ze względu na małe rozmiary reflektora i umieszczenie go ze względów konstrukcyjnych zbyt blisko osi obiektywu co często powodowało winietowanie dużej osłony obiektywu oraz częstsze występowanie zjawiska "czerwonych oczu".

 Ponadto jego światło było za ostre, płaskie, surowe i zimne. W praktyce efekt takiego doświetlenia był nieprzewidywalny i często zupełnie rujnował efekt Bounce Flash. Najdłużej doświetlacz utrzymywał się gryfowych w lampach firmy Metz, bowiem ze względu na konstrukcje takich lamp umieszczony był z dala od osi optycznej obiektywu. 

Jednocześnie z zanikaniem doświetlacza w konstrukcji lamp błyskowych lampach pojawił się wynalazek, który w pewien sposób  zastępował doświetlacz. 

Nazwy jeszce nikt nie wymyślił. To po prostu biała karta. Coś co możemy sobie wysunąć.  :)
Jest to biała plastikowa karta (znowu coś bez nazwy, tym razem międzynarodowo) wysuwana z głowicy lampy.  Był to gest w stronę fotografów którzy ciemne oczodoły rozjaśniali przy pomocy białej kartki właśnie, najczęściej wizytówki lub chusteczki higienicznej przymocowanej przy pomocy gumki recepturki do głowicy lampy.

 ­­­Idea jest prosta, jednak postaram się ją po krotce streścić. Otóż karta ta umieszczona tuż obok osi lampy przyjmuje część energii światła lampy i kieruje go pod katem 90st w stosunku do ustawienia osi głowicy czyli do przodu. Ta część światła ma dotrzeć do twarzy modela i rozświetlić niekorzystne cienie. Tyle teoria. Czy w ten sposób  problem doświetlania cieni został rozwiązany? Bynajmniej. Po dalsze wyjaśnienia zapraszam do "nauki o VIHAJSTRZE".

Pozdrawiam
Kalbar





­

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Podziel się ze mną swoimi uwagami, zadaj pytanie na interesujący Ciebie temat ;)